Baby Travel,  Couple Travel,  Expat Life,  Family Travel,  Ideas for a weekend,  TBT,  Travel Guides,  Uncategorized

Bonjour Nice!

Jako że skończyliśmy miesięczny wywczas na Hawajach (stąd jet lag i opóźnienie w publikacji posta w ramach TBT) i mamy chwilę oddechu (jak mawia Lech) albo chwilę przestoju (jak mawiam ja) przed kolejnym długim wyjazdem, smutek związany z myślą o braku oceanu/morza na wyciągnięcie ręki skierował moje myśli w kierunku Lazurowego Wybrzeża (Morze Północne, choć jest bliżej, jest też na swój sposób piękne i przeze mnie lubiane, to niestety bliżej mu do Bałtyku niż do Morza Śródziemnego).

Pomysł na odwiedzenie Nicei narodził się w naszej głowie rok temu, gdy chcieliśmy przy okazji moich urodzin złapać trochę słońca i energii na nadchodzący październik. Z miejsca, po którym nie obiecywaliśmy sobie zbyt wiele, okazała się miejscem, które znalazło się w naszym planie emerytalnym. Nicea jest nie tylko miejscem, gdzie Francuzi dają się lubić i gdzie można się dogadać po angielsku, ale też byłaby idealną sumą, jeśli miałby istnieć wzór na połączenie miasta z plażą.

Choć sezon w tych rejonach nigdy się nie kończy (najniższa średnia temperatura powietrza w ciągu dnia to 12 stopni w lutym), to jego szczyt przypada na kwiecień – październik (temperatura powietrza wynosi ponad 20 stopni).

Dojazd:

Z Warszawy do Nicei można dolecieć WizzAir. Koszt biletów to około 178 EUR za dwie osoby (loty okołoweekendowe).

Z Luksemburga korzystamy z Swissa (przesiadka w Zurychu), Lufthansy (przesiadka w Monachium/Frankfurcie) lub z Volotea. Koszt biletów to około 136 EUR za dwie osoby (loty okołoweeekendowe).

Zakwaterowanie:

Wypad do Nicei był planowany na ostatnią chwilę, więc nie było dla nas wielkim zaskoczeniem, że większość rozsądnych cenowo hoteli/apartamentów było zarezerwowanych.

Ostatecznie, biorąc pod uwagę dogodną lokalizację (lubimy szwędać się do późnej nocy i zwiedzać na piechotę) nasz wybór padł na Hotel The Originals Nice Centre Le Seize (ex Qualys-Hotel) ***. Koszt hotelu to około 300 EUR za trzy noce. Hotel znajduje się 300 m od Placu Massena, 100 m od Galerii Lafayette oraz 10 minut spacerem od Promenade des Angalis. (6 minut moim/naszym tempem spacerowym). Poza dogodną lokalizacją, hotel miał nam do zaoferowania czysty pokój, wygodne łóżko i to tyle. Żadna rewelacja, ale w sumie czego chcieć więcej?

Zwiedzanie:

Większość przewodników lub blogów turystycznych skupia się na tych samych „wizytówkach” miasta oraz wartej uwagi okolicy (40 minut samochodem do Cannes, 30 minut do Monaco). Jako, że zwiedzałam Niceę w dwupaku, nie miałam w głowie pomysłu na szalony rajd turystyczny obejmujący wszystko to w dwa/trzy dni (Yes, I can) – ku radości Lecha. Przewertowaliśmy przewodnik, ustaliliśmy kilka punktów „must see” i postanowiliśmy dać się porwać flow miasta. Na tyle skutecznie, że przy tak pięknej pogodzie szkoda nam było zamykać się w Muzeach (np. w Muzeum Matisse) i już po kilku godzinach wiedzieliśmy, że do Nicei wrócimy częściej niż raz, więc nic straconego.

Promenada Anglików, która ciągnie się przez 7 km, stanowi główną atrakcję turystyczną miasta. Byliśmy wyjątkowo sceptycznie nastawieni do tego miejsca i nie mogło nas milej zaskoczyć. W okolicach promenady znajdują się fantastyczne knajpki, bary z widokiem na lazurową (dosłownie!) taflę wody, a do tego wszędzie pachnie morzem i rozgrzanymi chodnikami. Idealne połączenie plaży i miasta. Przy promenadzie znajdują się słynne niebieskie ławeczki (kiedyś pojedyńcze krzesła), które do dzisiaj pozostają symbolem Nicei. Oczywiście w ostatnich latach Promenada kojarzy się też z tragicznymi wydarzeniami, które nie zachęcają do wypadów turystycznych, ale musimy przyznać, że, w przeciwieństwie do innych miast we Francji (Paryż…), atmosfera w Nicei nie robiła wrażenia napiętej, a uzbrojeni po zęby żołnierze nie psuli krajobrazu na każdym kroku.

Nad morzem można wynająć łóżko/leżaki plażowe (na cały dzień) i cieszyć się widokiem przy lampce Cremant lub wybrać bezpłatną plażę miejską. Jeśli jesteście wielbicielami plaż to trzeba brać pod uwagę, że są kamieniste, a te z leżakami do wynajęcia mogą na dłuższą metę uszczuplić Wasz budżet (alternatywą jest zabranie własnego kocyka lub wybranie hotelu oferującego ręczniki plażowe, choć leżenie na kamieniach może być mało przyjemne). Przy Promenadzie znajduje się wiele ciekawych budynków, w tym budynek Hotelu Le Negresco, o którym wspomnę w kontekście jedzenia.

Jak już wspomniałam, jako że w Nicei byłam w 3 miesiącu ciąży i miałam się nie przemęczać, zrezygnowaliśmy z pieszego zdobywania wzgórza zamkowego na rzecz długich (i jak niektórzy twierdzą przemęczających) spacerów. Na szczęście Wzgórze Zamkowe można również zobaczyć jeśli skorzysta się z windy lub małej ciuchci – Le Petit Train de Nice. My zdecydowaliśmy się na drugą opcję i za 10 EUR od osoby zdobyliśmy wzgórze mechanicznie, przejeżdżając obok charakterystycznych punktów – sztucznego wodospadu, tarasu widokowego na miasto, na Stary Port oraz parku zamkowego. Ciuchcia zahacza również o inne punkty turystyczne takie jak Promenada Anglików (odjeżdża z okolic Pomniku Stulecia z rzeźbą Nike), Targ Kwiatowy, Stare Miasto oraz Stary Port.

O Starym Mieście mogę powiedzieć tylko tyle, że trzeba się tu zgubić, pokluczyć po wąskich uliczkach i dać się porwać klimatowi małych knajpek i barów. Warto odwiedzić Saleya Market (targ kwiatowy i jedzeniowy), gdzie można kupić prezenty (ciastka, które nigdy nie dotrą do Waszych znajomych i rodziny), dowiedzieć się wielu ciekawych rzeczy o produkcji lokalnych przysmaków (odkrycie roku – prawdziwe Macarons są bezglutenowe, a w większości nawet wegańskie!) oraz popróbować sprzedawanych produktów. W poniedziałki odbywa się tu pchli targ. W okolicy znajduje się kaplica i katedra, ale jak można się domyśleć, obejrzeliśmy je jedynie z zewnątrz.

Plac Massena to punkt od którego zaczęliśmy zwiedzanie miasta, ponieważ był o rzut beretem od naszego hotelu. Każda szanująca się instagramerka zrobi tu sobie piękne zdjęcie, głównie ze względu na szachownicę, którą tworzą płytki, Fontannę Słońca, Posąg Apolla albo posągi ustawione na wysokich słupach (zwłaszcza gdy są podświetlone nocą). Warto pospacerować Promenadą Paillon, pod którą płynie rzeka. W okolicach Placu znajdują się liczne markowe i sieciówkowe sklepy (gdyby okazało się, że zabrana garderoba robi się coraz mniejsza – jak było w moim przypadku).

Stary Port to zagłębie kawiarenek, restauracji (deja vu?) oraz antykwariatów. Sympatyczna okolica na przedłużenie spaceru po Promenadzie Anglików lub przy okazji okrążania Wzgórza Zamkowego. Znajdziecie tu też bulwar Lecha Wałęsy, ale jego imiennik, z którym podróżuję, nie był zainteresowany oglądaniem tabliczki.

Plac Garibaldiego jest jednym z głównych punktów zbiórek wszelkich wycieczek, w związku z czym można spodziewać się na nim tłumów. Ma to sens, ponieważ można do niego dojść z Muzeum Sztuki Współczesnej MAMAC, Starego Portu oraz Starego Miasta. Przy Placu znajduje się wiele kawiarni i restauracji, ale żadna szczególnie nas nie uwiodła.

Jedzenie:

Przede wszystkim do Nicei chcę wracać, żeby tam jeść! Mogłabym całymi dniami snuć się między knajpami, wybierając między pysznymi rybami i owocami morza, a fantastycznymi knajpami wegańskimi.

Francja zawsze stanowi dla mnie wyzwanie pod względem śniadaniowym. Croissant, czy inne ciastka nie są dla mnie rozwiązaniem (chyba, że bezglutenowe, ale te znalazłam jedynie w Rzymie i Luksemburgu), w związku z czym szukaliśmy alternatyw (mojego towarzysza podróży do Croissantów dwa razy namawiać nie trzeba). Ku naszemu zaskoczeniu jedną z nich (godną polecenia) mieliśmy pod samym nosem (hotelem) – The Green Little Fox (niestety została zamknięta). Niemniej jednak Nicea jest wyjątkowo przyjazna dla osób mojego pokroju i naprawdę każdy znajdzie coś dla siebie.

Francuzi potrafią w kawę, więc można iść w ciemno do pierwszej lepszej knajpki w Nicei, np. Le Flore przy targu kwiatowym i delektować się dobrą kawą.

Kolejnym typowym przysmakiem, do którego będą zachęcali Was na każdym rogu, jest socca – placek z ciecierzycy. Serwowana jest praktycznie wszędzie, w formie przypominającej kawałki pizzy. Jest bezglutenowa i ciekawa w smaku, ale żywić się nią codziennie byłoby ciężko. Warto spróbować, ale my się nie zakochaliśmy.

KOKO Green to zdecydowanie odkrycie roku. Mała, rodzinna knajpka z obłędnym jedzeniem typu Vegan & Raw (z opcjami GF). Codziennie nowe menu, dostosowane do sezonu i kucharskiej finezji, serwowane przez właścicieli. Pyszne GF ciasta, herbaty, kawy oraz świeżo wyciskane soki. Obłęd to mało powiedziane. To właśnie z myślą o tym miejscu mogłabym mieszkać w Nicei, a ich wariacja na temat sushi śni mi się po nocach. Wracaliśmy do tej knajpki kilka razy podczas weekendowego pobytu, jak tylko znaleźliśmy trochę miejsca w naszych żołądkach.

VEGAN Gorilla to kolejna ciekawa propozycja. Oprócz stałego menu znajdziecie tu również menu tygodnia. Wszystkie potrawy są wegańskie i bezglutenowe, co sobie cenię, gdyż nie lubię zaczynać wyjścia do restauracji od 100 pytań do kelnera. Miejsce jest fajne, a jedzenie smaczne. To nie wina tej restauracji, ale KOKO Green naprawdę zawiesiło wysoko poprzeczkę, więc na jej tle wypadli mimo wszystko blado.

Jedyną restauracją (odwiedzoną przez nas podczas weekendu), która zdołała przyćmić nasze wegańskie odkrycie, było La Rotond. Szukaliśmy restauracji na kolację urodzinową i ta została szczęśliwie polecona przez mojego znajomego. To wyższy poziom abstrakcji. Byłam tak zafascynowana wnętrzem, że nie mogłam skupić się na jedzeniu, a to było bardzo dobre. Aktualne menu różni się od tego, z którym mieliśmy do czynienia, ale ponownie wzięłabym w ciemno rybę i owoce morza. Niestety (?) restauracja przeszła renowację i prezentuje się teraz w bardziej stonowanych kolorach.

Podsumowując – Nicea jest bardzo fajna na weekend i na pewno tam wrócimy. Kogo udało nam się zachęcić do odwiedzenia Nicei? A może już tam byliście? Jeśli tak, to co Wam się najbardziej podobało? Jesteśmy ciekawi, co byście polecili wiedząc, że ponownie się tam wybierzemy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *